Po raz pierwszy zobaczyliśmy Johna na stromym, górskim podwórku, tuż obok małej chaty krytej strzechą. Z ogromnym wysiłkiem przesuwał przed sobą pusty plastikowy kanister. To był jego jedyny „chodzik”. W tym obrazie było tyle determinacji i woli walki, że przez moment zupełnie zapomnieliśmy o biedzie, która nas otaczała.
John urodził się przedwcześnie. Tuż po porodzie jego mama, samotna i przerażona diagnozą mówiącą o mózgowym porażeniu dziecięcym, wróciła do rodzinnej wioski i zamieszkała z własną babcią. Gdy chłopiec miał zaledwie kilka miesięcy, matka odeszła, zostawiając go pod jej opieką. Dla Johna była to już prababcia – jedyna osoba, która próbowała zapewnić mu choć namiastkę bezpieczeństwa i ciepła.
Prababcia Johna to schorowana, starsza kobieta, wdowa, która w swoim życiu urodziła piętnaścioro dzieci. Dwoje z nich zmarło, trzynaścioro żyje, ale żadne nie wsparło jej w opiece nad chorym prawnukiem. Została sama – z odpowiedzialnością, która dawno przekroczyła jej siły.
Wiosną 2024 roku, podczas jednego ze spotkań z władzami dystryktu dotyczących dzieci wymagających szczególnej opieki, poznałam urzędniczkę zajmującą się ochroną praw dziecka. Wiedziała, że w naszym rodzinnym domu dziecka przebywają także dzieci z niepełnosprawnościami. Zapytała, czy bylibyśmy gotowi pojechać w góry – trzy godziny drogi – by zobaczyć, w jakich warunkach żyje John.
Pojechaliśmy tam razem z mężem. Widok, który zastaliśmy, był porażający. Skrajna bieda, bezradność i zmęczenie starszej kobiety, która robiła wszystko, co mogła – choć było jasne, że opieka nad chłopcem dawno przerosła jej możliwości.
Poprosiłam wtedy urzędniczkę o przygotowanie pełnej dokumentacji, by John mógł trafić pod naszą opiekę – do rodzinnego domu dziecka. Prababcia zapewniała, że będzie go odwiedzać, że chce wiedzieć, co się z nim dzieje, i że nie zniknie z jego życia. Bardzo chcieliśmy w to wierzyć.
Niestety od dnia, w którym w czerwcu 2024 roku przywiozła Johna i zostawiła go z nami, nie pojawiła się ani razu. Nie zadzwoniła, nie zapytała, nie dała znaku życia.
To milczenie było dla Johna bardzo bolesne. Przez wiele tygodni, a potem miesięcy, nasłuchiwał kroków na podwórku, reagował na każdy dźwięk otwieranych drzwi, po swojemu pytał i czekał. Każdego dnia miał nadzieję, że ktoś dotrzyma danego mu słowa. A my byliśmy świadkami jego smutku, zagubienia i rozczarowania.
Dla niej był ciężarem. Dla nas John jest małym cudem – dzieckiem, które zasługuje na miłość, opiekę i szansę na rozwój.
Od kilku miesięcy robimy wszystko, co w naszej mocy, by mu pomóc. Wierzymy, że dzięki terapii i wsparciu nadejdzie dzień, w którym John postawi samodzielne kroki. Że plastikowy kanister zamieni się w tornister, a on pójdzie do szkoły z uśmiechem, jak inne dzieci.
Dziękujemy, że jesteście z nami i z nim. ❤️
Z serdecznymi pozdrowieniami,
Regina
Adopcja Serca – rodzinny dom dziecka, Kenia
Ciąg dalszy historii Johna – już wkrótce.






